sobota, 22 grudnia 2018

Grzaniec z miodu pitnego

Składniki:
400-500 ml miodu pitnego (półtorak lub dwójniak)
1 pomarancza i/lub 2 limonki
1/3 łyżeczki imbiru
1/2 łyżeczki cynamonu (można więcej jak się lubi) 
1/3 łyżeczki kardamonu
2 szczypty świeżo startej skórki z limonki
Jest to porcja na dwa duże grzańce, ktore siekają jak Krzyżowcy Saracenów w XIII wieku pod Jerozolimą. 

Miód pitny wlewamy do garnka i podgrzewamy na małym ogniu co jakiś czas mieszając. Należy uważac,  żeby go nie przegrzać. Ma być gorący, jednak doprowadzenie do wrzenia unicestwi wszystkie walory smakowe i zdrowotne. 
Jednocześnie dosypujemy przyprawy i startą skórkę limonki (na drobnych oczkach tarki i tylko zewnętrzną, zieloną warstwę po wcześniejszym dokładnym umyciu). Przyprawy proponuję dosypywać stopniowo i dosmakowywać (tylko spokojnie,  żeby finalnie zostało coś do wypicia). Przykrywamy na kilka minut pokrywką i trzymamy na bardzo małym ogniu.
Cytrusy obieramy ze skórki, kroimi w kostkę i wrzucamy do kubków, a następnie zalewamy gotowym wywarem. Idealnie smakuje w naczyniach glinianych, ciosanych z drewna, lub grubych ceramicznych. Jeśli jednak nie jestesmy mieszkańcami średniowiecznego Biskupina zwykły kubek, lub kufel z grubego szkła też zrobi robotę.
Fanów mocniejszych grzańców zachęcam do dodania połowy kieliszka wódki w końcowym etapie produkcji.
Smacznego Aguś. 😚
Smacznego Pani Grażyno ☺️



Inne moje przepisy znajdziesz tutaj:
http://fido83.blogspot.com/p/blog-page_21.html

poniedziałek, 2 października 2017

Pierwsza Dycha do Maratonu - czy 4 sekundy to dużo?

Wraz z nastaniem jesieni w Lublinie wystartował nowy sezon biegowy 2017/18. Pierwszymi zawodami cyklu jak zwykle była Pierwsza Dycha do Maratonu. Niemal płaska trasa prowadząca przy Zalewie Zemborzyckim, ładna pogoda i prawie 1500 biegaczy na starcie - to był doskonały dzień, aby sprawdzić swoją formę po letnim cyklu treningowym. Założenie na ten bieg było proste - zejść poniżej 50 minut.

Startujemy chwilę po 12:00. Część zawodników startujących z mojej strefy biegnie dużo wolniej. Przez niemal kilometr jestem zablokowany na wąskiej ścieżce. Po skręcie w lewo i wbiegnięciu w ulicę robi się więcej miejsca. Mogę już biec w swoim tempie. Tylko swoim, czyli jakim? Przed zawodami miałem trzymać tempo 5:00 min/km, a tymczasem biegnę o 20 sekund szybciej. Jest obawa czy nie zabraknie sił przed metą, ale podejmuję ryzyko.
Przed 5 km robimy nawrót i przenosimy się na chodnik wzdłuż Zalewu. Wieje tutaj jak cholera. Tempo spada na 4:45 min/km.
Kiedy mijam 8 km przeliczam w swojej zmęczonej głowie, że jak trochę przyspieszę to mam jeszcze szanse na poprawę życiówki. Niesamowite. Przed biegiem nawet nie brałem takiej opcji pod uwagę, a teraz rekord jest niemal na wyciągnięcie ręki, choć właściwie to na wyciągnięcie nóg. A te wyciągają się coraz ciężej. Wiatr staje się dokuczliwy, zaczyna się stromy podbieg. Muszę chwilę zwolnić, złapać trochę tlenu na ostatnie 800 metrów. Gdy jestem już na górze zaczynam się rozpędzać. Biegnę najszybciej jak mogę. Niemal czuję jak krew odpływa mi z nóg. Są jak z waty, ale pracują nadaj.

Totalnie zmęczony mijam metę. Od razu naciskam STOP na zegarku. Wyświetlacz pokazuje mi czas 46 minut i 58 sekund. Czyli do rekordu życiowego zabrakło 4 sekund. Łudzę się jeszcze, że może zbyt późno zatrzymałem zegar i oficjalny czas będzie o te 4 sekundy lepszy. Godzinę później przychodzi SMS, oficjalny czas dokładnie taki sam jak zarejestrował mój GPS: 46:58. Świetny wynik już na początku sezonu biegowego. Świetny, ale o 4 sekundy za słaby, żeby poprawić mój stary rekord z 2015 roku.
Wysoka forma cieszy. Nie wiem jeszcze jak ją wykorzystać. Poświęcić zimę na przygotowania do maratonu, czy skupić się na zawodach na dystansie 10 km.
Czas pokaże.

sobota, 16 września 2017

Jestem. Biegnę

Moja Księżniczka skończyła już 15 miesięcy. Dokładnie tyle czasu minęło od momentu który zmienił moje życie, wywracając je do góry nogami. Cóż mogę powiedzieć z perspektywy tych miesięcy? Ojcostwo to cudowny stan. Pierwsze miesiące są ciężkie, na prawdę ciężkie, ale z czasem dziecko rozwija się, nawiązuje kontakt, wchodzi w relacje i ani się spostrzeżesz, a mówi do Ciebie "tata", macie swoje ulubione zabawy, poranne rytuały, ulubione piosenki i książeczki. Potrafi zaskoczyć ciekawym nieszablonowym zachowaniem, pokazuje charakterek i spontanicznie daje buziaki. To najwspanialsza istota na świecie.

W całej tej szalonej karuzeli życia udaje mi się zagospodarować trochę czasu na bieganie. Zaczęło się w kwietniu. Wraz z rozpoczęciem treningów pojawił się plan ukończenia moich ulubionych zawodów: lubartowskiego biegu Pokój i Dobro. Jak ten czas leci... to już piąta edycja tych niezwykłych zawodów, a każda na swój sposób wyjątkowa, poświęcona innemu dziecku. Tym razem pobiegliśmy dla Bianki.
Do zawodów na 10 km przygotowałem się bardzo solidnie. Sześć tygodni treningów wystarczyło, aby ukończyć bieg w czasie 50 minut. Forma wróciła nieprawdopodobnie szybko. Teraz mogłem już tylko iść za ciosem.

Parę tygodni później startuję w Biegu Pamięci Dywizjonu 303. Mimo, że dystans tym razem wynosił ponad 11 km, a zawody odbywały się w palącym słońcu osiągnąłem jeszcze większe średnie tempo całego biegu niż w Lubartowie.



Trenowałem nadal. Przede mną były nowe wyzwanie - tym razem drużynowe. Lublin Business Run - sztafeta 5 x 3,5 km. Kilka tygodni treningów poświęciłem na budowanie formy właśnie na te zawody. Mikrocykl treningowy wykonany metodą Danielsa był chyba najtrudniejszym planem treningowym jaki kiedykolwiek realizowałem. Przyniósł jednak bardzo dobre rezultaty. Swoją część sztafety przebiegłem w średnim tempie 4:18 min/km, czyli prędkości ponad 14km/h. Jeszcze nigdy wcześniej nie biegałem tak szybko. Wraz ze znajomymi z pracy zajęliśmy 10 miejsce na 84 startujące drużyny!


Korzystając ze zbudowanej formy tydzień później wraz z kolegą pobiegliśmy w dwuosobowej nocnej sztafecie Mazda Night Run. Z pewnością kiedyś dokładnie opiszę te zawody, gdyż był to najgorzej zorganizowany bieg w jakim kiedykolwiek przyszło mi startować. Poziom zabezpieczenia trasy był praktycznie zerowy. Udział w biegu przepłaciłem upadkiem, licznymi stłuczeniami oraz otarciami i w chwili obecnej jestem na przymusowej przerwie biegowej.


Przede mną start na 10 km w Pierwszej Dyszce do Maratonu (jeśli do tego czasu uraz przejdzie)
Trzymajcie kciuki.Chyba wróciłem na dobre

sobota, 5 listopada 2016

Charytatywna Dynia

Co ja będę ściemniał. Nie biegam! Ojcostwo pochłania mnie bez reszty i nie biegam! Niby mógłbym trochę czasu na treningi wygospodarować, ale wolę ten czas poświęcić swojej córeczce.

foto: Maraton Lubelski
Gdy jednak na horyzoncie pojawiają się zawody stricte charytatywne nie potrafię odmówić sobie przyjemności wystartowania. Wiele razy wspominałem na blogu o charytatywnych biegach w Lubartowie (6.2013, 6.2014, 6.2015, 9.2015), które są niesamowite, jedyne w swoim rodzaju. W zeszłym roku wziąłem udział w charytatywnym biegu Mikołajów w Świdniku (12.2015) z którego również mam świetne wspomnienia.
foto: Dominika Żurowicz
Przed tygodniem wystartowałem w 1. Charytatywnym Biegu o Złotą Dynię. Mimo wątpliwej formy zapisałem się, wystartowałem i do mety dotarłem. A lekko nie było. Silny wiatr i trudna pagórkowata trasa w wąwozach dały mi porządnie w kość. Wbiegłem na metę z czasem 26 i pół minuty. Słabo, choć wynik ten daje mi miejsce w połowie stawki.


foto: Dominika Żurowicz
Okazuje się, że dystans 5 km można przebiec bez żadnego przygotowania, bazując na treningach z odbytych kilka miesięcy wcześniej.Oczywiście styl takiego biegu pozostawia wiele do życzenia.

Za miesiąc wystartuję ponownie na dystansie 5 km. W Świdniku odbędzie się kolejna edycja charytatywnego biegu Mikołajów. Rozpoczynam cykl przygotowawczy i tym razem pobiegnę na miarę swoich możliwości.

wtorek, 4 października 2016

Pierwsza dycha w nowym sezonie.

Moja córeczka trochę już podrosła udostępniając tatusiowi odrobinę czasu na treningi. Kilka tygodni treningów, aby powrócić do formy z wiosny i przyszedł czas na start w kolejnym cyklu Cztery Dychy do Maratonu. Pierwsze z zawodów odbyły się dziś nad Zalewem Zemborzyckim. Stara, dobrze znana trasa, na której wykręciłem swój wciąż aktualny rekord na 10 km - 46 minut i 55 sekund!
Tym razem plan był ciut mniej ambitny - chciałem zbliżyć się do 50 minut.

Moje plany zostały zaprzepaszczone, co ja piszę... poszły się jebać w czwartek, kilka dni przed startem. Wizyta w gabinecie dentystycznym zakończyła się rozcięciem języka wiertłem i w efekcie kilkoma szwami. Wiecie jak funkcjonuje się z pozszywanym spuchniętym językiem? Jeść można tylko płynne i półpłynne pokarmy, mówienie jest bardzo trudne, a wysiłek fizyczny... odpada zupełnie. Uparłem się jednak, że wystartuję w tych zawodach. Aby szwy się nie rozeszły i nie doszło do krwotoku musiałem po prostu biec bardzo powoli, bez specjalnego podnoszenia ciśnienia.
Z Krzyśkiem przed startem

Tuż przed startem ustawiam się więc na samym końcu tłumu biegaczy. A tych jest wyjątkowo dużo. Jak się później okaże do mety dotarło ponad 1300 osób. Będę startował z potencjalnie najwolniejszymi zawodnikami, ale nie czuję z tego powodu dyskomfortu. Co więcej, szybko zauważam, że wokół panuje miła, luźna atmosfera. Nie ma tej dziwnej napinki, tak dobrze mi znanej ze środka stawki. Bieganie ma w tym miejscu przyjemny wydźwięk.
foto: Dominika Żurowicz

Startujemy. A właściwie startują biegacze ustawieni z przodu. Zanim przychodzi pora na nas mija parę minut. Postanawiam biec w tempie 7 minut na kilometr, ale nie jest to proste. Nogi nie przyzwyczajone do tak wolnego tempa ciągle przyspieszają. Z trudem udaje mi się wyhamowywać do 6:30 min/km. Po paru kilometrach zaczyna mi się nudzić.  Obserwuję innych. Dookoła mnie toczy się zażarta walka o każdy kilometr. Ambicji nie brakuje nikomu. Jedni głośno sapią, inni z trudem łapią powietrze, niektórzy przechodzą do marszu, ale nikt się nie poddaje. Brawo! Trochę mi głupio biec obok i komfortowo oddychać przez nos. Może chociaż poudaję zmęczonego... ;)
Po 7 km język trochę spuchł, ale nie wyczuwam smaku krwi w ustach. Szwy trzymają. W tym momencie biegnę do mety na czas godzina i 7 minut. Robię bardzo głupią i zupełnie niepotrzebną rzecz. Przyspieszam do tempa około 5:00 km/min. Lecę jak głupi. Wreszcie czuję ten charakterystyczny pęd powietrza na spoconej twarzy :)
Na ostatnim podbiegu słyszę znajomy głos. To koleżanka - Marta, której przed biegiem opowiedziałem o moich szwach opiernicza mnie, kiedy widzi jak ją mijam. Ostatnia prosta. Z pomocą Roberta robię ostry finisz w tempie 4 min/km i wpadam na metę. Za metą jak zwykle otrzymuję pamiątkowy medal. Tym razem jednak ten ładny kawałek metalu ciąży mi na szyi. Jak nigdy wcześniej mam poczucie, że zupełnie na niego nie zasłużyłem.

Mój ostateczny czas netto to 1:01:33. A więc nadrobiłem ponad 6 minut na ostatnich 3 km. Super, tylko... nie wiem po jaką cholerę...

Za tydzień kolejne zawody na 10 km. Tym razem będzie to bieg w Lasach Kozłowieckich. Nie mam pojęcia jak do niego podejdę. Wszystko zależy od tego jak szybko język będzie się goił. Okaże się w najbliższym czasie