niedziela, 23 czerwca 2013

Bieg Pokój i Dobro - relacja własna

Przygotowanie do zawodów

I nadszedł wreszcie ten dzień. 22.06.2013, godzina 16:00, Lubartów, Bieg Pokój i Dobro. Niestety już rano było wiadomym, że bieg odbędzie się w temperaturze powyżej 30 stopni. Nigdy dotąd w takich warunkach nie trenowałem (być może to właśnie był mój największy błąd). Także godzina startu (16:00) była dość problematyczna. W internecie można znaleźć mnóstwo poradników o tym jak postępować w dniu zawodów. Zjeść skromne śniadanie, ale jednocześnie zawierające dużą ilość węglowodanów, buty na nogi i ognia. Co jednak kiedy bieg odbywa się późnym popołudniem? Uznałem, że duże śniadanie i wczesny (około 4 godziny przed biegiem) nie duży obiad będą tu jak najbardziej na miejscu. Ten schemat okazał się być dobrym rozwiązaniem. Dodatkowo o 14:30 wzmocniłem się bananem, a o 15:20 spodziewając się szybkiej utraty elektrolitów wraz z potem - ISOSTARem.

Na trasie
foto: Artur Malik

Bieg Pokój i Dobro - bieganie w upalny dzień

Wystartowaliśmy chwile po 16. Pierwsze 2 km były stosunkowo łatwe - budynki usytuowane wzdłuż ulic, a następnie drzewa w parku miejskim dawały upragniony cień. Następnie trasa przeniosła się na polne drogi i prowadziła nimi do około 7-go kilometra, by znów przenieść nas na ulice Lubartowa. Słońce paliło niemiłosiernie. Niemal dało się odczuć jak z minuty na minutę odbiera siły. Mniej wprawieni zawodnicy, którzy zaczęli bieg bardzo intensywnie po 3-4 kilometrach praktycznie mogli już tylko maszerować. Na szczęście wraz z kolegą nie daliśmy się wciągnąć w tą psychologiczną wojenkę na pierwszych kilometrach, dzięki czemu jeszcze w pierwszej połowie biegu z satysfakcją wyprzedziliśmy kilkunastu wycieńczonych biegaczy. W okolicach 6-7 kilometra niestety także i nas dopadł kryzys. Dopiero po powrocie do miasta i schłodzeniu wodą ze szlaucha przez sympatycznego mieszkańca okolicy ul. Hutniczej złapaliśmy drugi oddech. Od tego momentu już tylko poprawialiśmy czasy na kolejnych kilometrach, by po ostrym finiszu i wyprzedzeniu kolejnych kilku osób wbiec na ostatnią prostą.

Na mecie

Bieg tuż przed metą był najwspanialszym momentem tego dnia. To co nas tam spotkało przeszło moje wszelkie oczekiwania - zostaliśmy przywitani gromkimi oklaskami! 
Niesamowite. Wbiegam na metę, płuca nie nadążają łapać powietrza, pot leje się po oczach, głowa, nogi i ręce wydają się ciężkie niczym ze stali, a lubartowska publiczność bije nam brawa. Nam! Mimo, że dobiegliśmy na 166-167 pozycji! Po chwili padłem na trawnik minęła minuta, może dwie zanim odzyskałem równy oddech - ten ostatni podbieg na prawdę był wykańczający. Leżąc na trawie miałem ochotę rozpłakać się z radości. Zacząłem przypominać sobie złamaną nogę, pierwsze kroki, pierwsze kulawe treningi i to wszystko zaledwie parę miesięcy wcześniej... A dziś? Dziś jestem na mecie trudnego biegu rozgrywanego w ciężkich warunkach i wiem, że wygrałem. Może nie z tymi 165 osobami które dobiegły przede mną, ale z kontuzją i ze swoimi słabościami. Nigdy nie szukałem wymówki, nie zrzucałem winy za gorszy bieg na przebyty uraz, zawsze wyciągałem wnioski z porażek, ciesząc się jednocześnie z każdego udanego biegu. Nie wiem jeszcze jak zaklasyfikuję te zawody kiedy już za jakiś czas emocje opadną. Mimo ciężkich warunków wykręciłem swój rekord - 1:06:51 na 10 km. Ale być może gdzieś popełniłem jednak błąd, może coś dało się zrobić lepiej. Dziś jeszcze nie wiem tego i... w sumie nie chce wiedzieć.

P.S I jeszcze jedno. Nie wiem czy kiedykolwiek trafi na mój blog którakolwiek z osób organizujących bieg "Pokój i Dobro", jednakże chciałbym pogratulować rewelacyjnego przygotowania zawodów od strony logistycznej. Na trasie rozmieszczeni byli wolontariusze, którzy dbali o nas na każdym kroku, a momentami dopingowali. Mimo upału w wielu miejscach zorganizowane były kurtyny wodne. Nawet mieszkańcy ulic przez które biegliśmy rozmieszczali na trasie zraszacze ogrodowe. Dziękuję wszystkim bardzo serdecznie za wspaniały bieg.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz