poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Letni poranny trening

Czy biegać rano?

Łąki za LubartowemNiemal każdy mój trening odbywa się późnym popołudniem, lub wieczorem - nigdy rankiem. Na taki stan rzeczy składa się kilka czynników.
Pracę zaczynam o 8:00 i gdybym chciał dzień zaczynać od biegania prawdopodobnie musiałbym wstawać około 4:00. Z dotychczasowych doświadczeń wiem też, że najlepiej mi się przebiera nogami około 4 godziny po posiłku. Gdybym biegał rano musiałbym zacząć zaraz po śniadaniu (kolka gwarantowana), lub na z pustym żołądkiem.

W piątek, zupełnie spontanicznie odwiedziłem kolegów w Lubartowie co skończyło się oczywiście wypiciem kilku piw. Yeah! Tego wieczora z braku czasu zrezygnowałem z biegania(przecież nie będę śmigał po pijaku). Przyznam, że troszkę mnie to męczyło - w ciągu ostatnich kilku miesięcy nie zdarzyło mi się opuścić żadnego z treningów. Postanowiłem więc, że zaplanowany bieg wykonam następnego dnia rano.

Wieczór minął bardzo szybko (jak to zazwyczaj bywa, kiedy człowiek dobrze się bawi) i ani się zorientowałem wybiła 5:00, a budzik ustawiony w telefonie wyrwał mnie ze snu. Zdarzają się takie poranki, że człowiek budzi się i nawet jego własny pies patrzy na niego z pogardą. Gdybym miał psa, zapewne tak by to właśnie wyglądało. Chwila na ogarnięcie się, nawodnienie wyschniętego jak pustynia organizmu i czas wychodzić z domu.

Przebieg porannego treningu

Bieg zacząłem w parku miejskim, by po chwili przenieść się na ścieżkę prowadzącą wzdłuż rzeki Wieprz. Widok był niesamowity. Łąki wokół mnie spowite były unoszącą się parą. Słońce, które znajdowało się dość nisko nad horyzontem przebijało się przez korony drzew rysując we mgle czerwonawe jeszcze smugi. Chłodne i wilgotne poranne powietrze wpadało do płuc orzeźwiając zaspane wciąż ciało. Na krzewach krople rosy zarysowywały misternie utkane pajęczyny. Wszystko to razem tworzyło nierealny klimat. Po paru kilometrach postanowiłem skręcić w kierunku drewnianego mostka służącego do przejścia na drugą stronę rzeki. Może jestem zbyt sentymentalny, ale zawsze lubiłem tamtą drewnianą konstrukcję. Wiele razy pokonywałem ten most idąc (bądź wracając) z ognisk, spędziłem na nim sporo czasu popijając piwo podczas wagarów. Mając naście lat czasem przyprowadzałem tam dziewczyny - przed zachodem słońca był to dobry patent na romantyczną randkę. ;)
Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że stary drewniany mostek został zastąpiony przez paskudne metalowe coś. Ehh, jednym słowem postęp...
Zmierzyłem wzrokiem tą tandetną stalową maszkarę i pobiegłem dalej. Po parudziesięciu minutach magiczny krajobraz ustąpił miejsca coraz gęstszym zabudowaniom, a upał powoli zaczynał dawać o sobie znać. Rosa opadła, mgła zniknęła, a powietrze przestało być rześkie.

Czy warto było wstać o świcie? Myślę, że tak. Piękne poranne widoki z nawiązką zrekompensowały mi trud zwleczenia się z łózka. W najbliższym czasie planuje więcej takich treningów. Co najmniej do czasu kiedy ustąpią męczące upały.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz