poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Chcieć to móc - II Półmaraton Chmielakowy

Jest na Świecie takie miejsce i czas, w którym splatają się moje dwie największe pasje. Picie piwa i bieganie nigdzie nie pasują do siebie tak idealnie jak na Krasnostawskich Chmielakach, których jedną z atrakcji jest Półmaraton Chmielakowy. Dlatego też na swój pierwszy w życiu bieg półmaratoński wybrałem to urocze, przepełnione zapachem chmielu miasteczko.

Rejestracja do półmaratonu.


Bieg zaczynał się o 9:00 lecz w Krasnymstawie pojawiliśmy się grubo ponad godzinę wcześniej. Praca w biurze zawodów zorganizowana była bardzo sprawnie stąd już po chwili wraz z kolegą Robertem mogliśmy skupić się na przygotowaniach do startu. Kilkunastominutowa rozgrzewka na parkingu i idziemy w kierunku linii startu. Po paruset metrach naszym oczom ukazał się Rynek. Wokół znajdowały się liczne namioty chyba wszystkich producentów piw, w punkcie centralnym scena, a obok to co dla nas najważniejsze - dmuchana brama startowa. Emocje rosły z każdą minutą. Kiedy do startu pozostało kilka minut, a ulica wypełniła się kilkuset osobową grupą biegaczy wyszło niezbyt upragnione w takich momentach słońce.

Taktyka na półmaraton.


Od ponad dwóch miesięcy ciężkich treningów przygotowywałem się do pokonania półmaratonu w czasie 2 godzin. Aby złamać tą barierę czasową należy biec ze średnia prędkością około 10,5 km/h. Analizując profil terenu uznałem, że najtrudniejszy odcinek pod górkę występuje pomiędzy 7-12 km. Później przez około 3 km biegnie się lekko w dół, a reszta trasy jest niemal płaska (pomijając dwa niewielkie podbiegi). Mój pomysł na zawodu wyglądał więc następująco. Za wszelką cenę starać się utrzymać średnią prędkość do 12 kilometra na poziomie około 10,4 km/h a w momencie, gdy skończy się podbieg przyspieszyć tak, aby odrobić stratę i po 15 km mieć średnią co najmniej 10,6 km/h i z tym delikatnym zapasem starać się dotrzeć do mety.

Półmaraton Chmielakowy - przebieg zawodów


W moich dotychczasowych biegach zawsze moment startu był w jakiś sposób celebrowany. Raz była to salwa z broni myśliwskiej poprzedzona modlitwą, innym razem masowe odliczanie od 10. Tutaj nie było zupełnie nic. Po prostu zauważyliśmy, że zawodnicy z przodu zaczęli przeciskać się przez bramę startową.
OK, więc biegniemy i my. Pierwszych kilkaset metrów to truchtanie w dużym tłoku wąskimi uliczkami rynku. Jak to zwykle bywa wraz z upływem czasu grupa rozciąga się tworząc małe skupiska zawodników o podobnej kondycji (bądź z podobnymi planami taktycznymi). Następne kilometry mijały nam spokojnie, momentami wydawało mi się, że za spokojnie. Z prędkością około 10,45 km/h podziwialiśmy przedmieścia miasta stopniowo przenosząc się w kierunku łąk. Z uśmiechem na ustach pozdrawialiśmy kierowców, którzy z naszego powodu stali w wielkim korku na trasie Lublin - Zamość. Po około 5 km naszym oczom zaczęło ukazywać się wzgórze porośnięte lasem. Biegliśmy w jego kierunku z każdą chwilą czując zbliżający się podbieg. W okolicach 7 km skręciliśmy z asfaltowej jezdni w prawo zaczynając bieganie leśną ścieżką.

Świadomość, że kilka najbliższych kilometrów przyjdzie nam biec pod górę była dość przerażająca - najdłuższe podbiegi z jakimi miałem dotychczas do czynienia nie przekraczały 700-900 metrów. Jak się jednak okazało niezbyt mocne nachylenie terenu w połączeniu z leśnym chłodem sprawiło, że podbieg pokonywało się dość przyjemnie. W pewnym momencie dołączyła się do nas biegaczka, która miała już dość biegania z mężem metodą Gallowaya (1 minuta odpoczynku w marszu + 4 minuty szybkiego biegu).
Porozmawialiśmy chwilkę i okazało się, że podobnie jak my biega od kilku miesięcy, to jej pierwszy półmaraton i też chce zmieścić się w 2 godzinach. -Świetnie się składa - odpowiedziałem - bo staramy się utrzymać średnią prędkość pod 2:00 na mecie. Bardzo się ucieszyła mogąc kontynuować bieganie z nami.
Całej rozmowie przysłuchiwał się jej mąż, który po chwili podbiegł do nas i zaczął trochę drwić z naszej metody pokonania półmaratonu gwarantując, że zabraknie nam sił na ostatnie kilometry. Następne minuty to przysłuchiwanie się ciekawej sprzeczce małżonków co do dalszej taktyki. W sumie małżeńskie kłótnie nie są dla mnie niczym nowym, ani też ciekawym, jednak podczas wyścigu wyglądało to dość groteskowo. Para dostarczyła nam oraz zawodnikom biegnącym nieopodal sporo rozrywki.

Kiedy dobiegliśmy na szczyt wzniesienia (około 12 km trasy) spojrzałem na ekran telefonu - średnia prędkość 10,42, a więc nieźle. Teraz przyszedł czas na nadrobienie niewielkiej straty i wyszarpanie dodatkowego zapasu średniej prędkości. Przyspieszyłem do prawie 12 km/h i tym sposobem przebiegłem około 3 kilometrów zostawiając za sobą wielu biegaczy (m.in. fana metody Gallowaya). Za chwilę skończył się las i po kilkuset metrach wzdłuż stawów i ostrym zakręcie w prawo moim oczom ukazał się całkiem spory podbieg. Analizując profil trasy skupiłem się na wzgórzu (które okazało się de facto łatwym przeciwnikiem) zupełnie lekceważąc wzniesienia na ostatnich kilometrach. Podbieg na 16 km był dość stromy choć na szczęście niezbyt długi. Udało mi się go pokonać bez zmniejszenia prędkości, jednak sporym nakładem sił. Kolejne raczej płaskie kilometry biegłem z prędkością około 11 km/h dzięki czemu wyprzedziłem kilka osób, a po 18 km moja średnia biegowa wynosiła już 10,7 km/h. Rewelacja, w tym momencie byłem już niemal pewny, że uda mi się dobiec do mety w czasie poniżej 2 godzin.

Najgorsze przyszło jednak po minięciu tabliczki z napisem "19 km" i pojawieniu się ostatniego łagodnego, ale dość długiego podbiegu. Poczułem, że nogi przestają reagować na moje polecenia, ruchy stawały się ciężkie i towarzyszył im ból każdego chyba mięśnia. Nie byłem w stanie biec dalej. Był to jedyny moment zawodów kiedy musiałem przejść do marszu. Niestety kosztowało mnie to utratę paru pozycji. Po około 300 przeczłapanych metrach znów zacząłem biec. Miałem świadomość, że to już ostatnia prosta przed metą, ostatni kilometr, może półtorej i jeśli nie chcę roztrwonić zapasu czasu muszę wykrzesać z siebie jeszcze trochę! Minąłem znak informujący o przebiegnięciu 20 km i kilkadziesiąt metrów przede mną zauważyłem 3 biegnące osoby.

Przyspieszyłem najbardziej jak tylko w tym momencie potrafiłem. Płuca nie nadążają przyjmować powietrza, nogi bolą coraz mocniej, ale to nie ważne nie słucham ich - mają biec! Gdzie jest ta cholerna meta? Staram się wypatrzyć ją przed sobą i nic. Nagle spostrzegłem po lewej stronie znajomy budynek - to Centrum Sportu i Rekreacji w Krasnymstawie - tam znajdowało się biuro zawodów. Czyli jeszcze jakieś 200 metrów, później rondo i ostatnia setka pod górkę! Dwóch spośród wypatrzonych rywali ucieka mi, już ich nie dogonię, ale trzeci jakby słabnie - dopadam go tuż za rondem. Wiem, że meta jest przede mną, ale nie widzę jej - zasłania mi daszek od czapeczki. Nie mam siły podnieść głowy. Zostało ostatnich kilka kroków widzę tłum ludzi, niektórzy klaszczą, ale ich nie słyszę...

Dalej nie pamiętam już nic.

Ktoś chwyta mnie za ramię. Rozglądam się. Jestem za linią mety. Jakaś osoba ze służb porządkowych prowadzi mnie w kierunku strefy, gdzie otrzymuję medal. Nawet nie wiem kto mi go założył na szyję, kobieta... mężczyzna... Nie wiem.
medal II Półmaratonu ChmielakowegoPo chwili trafiam do miejsca, gdzie przyjmowane są plakietki z numerami startowymi i chipem. Próbuję poodczepiać agrafki, ale nie mam siły - pomaga mi jakiś mężczyzna. Snuję się chwilę po strefie dla zawodników, gdy podbiega do mnie żona. Coś mówi, ale nie rozumiem co. Dopiero po chwili zaczynam łapać kontakt. Wiem już, że udało się! Przebiegłem półmaraton! Nie wiem w jakim czasie, bo zamroczony za linia mety zapomniałem zatrzymać czas w endomondo, ale przebiegłem go! Siadam na ławeczce i piję wodę. Ściskam medal - cholera taki kawałek metalu, a taka radość. Trzeba mieć w sobie coś z wariata, żeby podjąć się tak dużego wysiłku, znaleźć się na granicy omdlenia, a chwilę później cieszyć się z tego jak dziecko. Kilka minut później na mecie pojawia się Robert. Ledwo człapie ze zmęczenia ale cieszy się od ucha do ucha. Siedzimy jeszcze kilka minut. Skręcam głowę w prawo, patrze na kolegę i widzę jak zamyślony wpatruje się w przestrzeń. I w tym jednej sekundzie zastanawiam się czy po jego głowie krąży już myśl ta sama myśl co mi: start w pełnowymiarowym maratonie...

Epilog


Parę godzin później otrzymałem SMS. Mój oficjalny czas brutto wyniósł 1:58:52

7 komentarzy:

  1. Świetny tekst, bardzo fajnie się go czyta. Chyba czas zacząć odwiedzać tego bloga :)
    Co do połówki faktycznie ostatni podbieg był zabójczy, też miałem z nim kłopot, a jednak się udało :) Był to mój drugi półmaraton i celowałem w czas około 1:50, a udało się przełamać 1:45 z czego byłem niezmiernie zadowolony. Moje gratulacje i życzę kolejnych sukcesów- może teraz 1:55? :)
    Pozdrawiam, GR

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratuluję, kolejny półmaraton to tarczyn, tam trasa atestowana, więc będę chciał poprawić czas jak się uda.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję bardzo i życzę kolejnych rekordów biegowych. Do zobaczenia na trasie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki za komentarz u mnie na blogu. Twój opis jest bardzo fajnie napisany. A historia sprzeczki małżeńskiej w czasie biegu - nieprawdopodobna.

    Gratuluję ukończenia biegu i czasu! Na bloga będę od czasu do czasu zaglądał.

    Pozdrawiam,
    Krzysiek

    OdpowiedzUsuń
  5. No to w Tarczynie to się spotkamy bo i ja tam będę :) ! Gratuluję debiutu! Co do pełnego maratonu to życzę powodzenia, jeśli mogę coś doradzić to polecam jakiś wiosenny maraton (z przebieganą zimą) bo tej jesieni to by było za szybko. Maraton to nie są dwie połówki na świeżości, to jest bieg na 10km z 32 kilometrową rozgrzewką :) więc na tym etapie jest jeszcze trochę za szybko... ale to świetna przygoda. Ja dwa lata temu byłem na podobnym etapie - też się zapisałem na wiosnę (do Paryża żeby żonę przekonać do mojego nowego hobby) i biegałem całą zimę. Na wiosnę polecieliśmy i.. udało się. A jak było to możesz sam poczytać na moim blogu http://www.leszekbiega.pl/2012/04/maraton-paryz-2012.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W jaki sposób trenowałeś zimą? Biegałeś pod gołym niebem, niezależnie od pogody? Czy trenowałeś na bieżni elektrycznej?

      Usuń
  6. Świetny opis. Dla mnie ten półmaraton też był życiówką tyle ze trochę mocniejszą bo atakowałem 1:40. Las mnie pobudził i potem już tylko przyspieszałem nawet na ostatnim podbiegu. Ja też przebiegałem zimę i w tym roku zdecydowanie jest lepiej na każdym dystansie od dychy po maraton. Polecam pod gołym niebem. Dla mnie bieżnia nie odpowiada, jest za twardo i mechanicznie.

    OdpowiedzUsuń