sobota, 28 września 2013

Choroba i po maratonie


Niestety, stało się najgorsze. Po powrocie z Turcji, gdzie temperatura jest o ok. 20 stopni wyższa organizm nie wytrzymał nagłej zmiany klimatu. Prawdopodobnie środowy trening z zimne i wietrzne przedpołudnie był przysłowiowym gwoździem do trumny.
W czwartkowe popołudnie zacząłem dość kiepsko się czuć, wieczorem miałem już gorączkę.
Kaszel, katar, gorączka, bóle mięśni i koniec marzeń o maratonie.
Jest sobota, prawie wieczór. Powinienem być już w Warszawie, oddychać atmosferą zawodów, odliczać godziny do startu, a tym czasem leżę pod kocem, łykam aspirynę i rozgrzewam się syropem z pigwy.
Ręce mi opadają. Aż nie chce się nic na blogu pisać...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz