niedziela, 24 listopada 2013

Relacja z drugiej dychy do Maratonu Lubelskiego

Bieganie podczas choroby - wolę przeczekać


Jeszcze kilka dni temu z powodu zapalenia zatok nie wiedziałem czy w ogóle wystartuję w drugiej dyszce.
Zależało mi na tym starcie ponieważ miał to być bieg przełajowy, w trudnych leśnych warunkach. W okolicach soboty poczułem się lepiej, tak więc szybka wizyta w biurze organizatorów i lecimy.

W oczekiwaniu na start.

Na miejscu zawodów zlokalizowanych przy Zalewie Zemborzyckim zjawiłem się jakieś pół godziny przed startem. Okolica znana z letniej rekreacji o tej porze roku wygląda dość przygnębiająco. Na szczęście prowadzący zadbali o odpowiedni nastrój - z głośników płynęła energetyczna muzyka. Dobry nastrój na rozgrzewce sprawił, że... zapomniałem włączyć wyszukiwanie sygnału GPS. Zazwyczaj trwa to około 3 minut i dokładnie tyle zostało do startu. Zdążyłem - sygnał pojawił się niemal dokładnie w momencie startu. Prawdopodobnie telefon w tych pierwszych minutach nie skomunikował się z wystarczającą liczbą satelitów, gdyż po pierwszych kilkudziesięciu metrach wyświetlił mi prędkość ponad 14 km/h. Nie biegłem w tym momencie więcej niż 11 km/h.

Bieganie w trudnych warunkach.

Pierwsze pół kilometra to bieg ścieżką wzdłuż Zalewu. Jak miało się wkrótce okazać jest to najlepsza część trasy z jaką przyszło nam się tego dnia zmierzyć. Za chwilę minęliśmy ulicę Osmolicką i zaczęła się trasa żużlowo - błotnisa. Na potrzeby tego wpisu stworzyłem 10 stopniową skalę Błotjusza [Bł] ;) Temu odcinkowi nadaję 3°Bł. Wolontariusze pilnujący porządku w tej części trasy ostrzegli nas przed dość trudnym odcinkiem zaraz za zakrętem w prawo. No i faktycznie zaczął się pierwszy błotnisty fragment na granicy zaoranego pola i lasu (5°Bł). W paru momentach zastanawiałem się czy nie łatwiej będzie biec po polach. W kilku miejscach mieliśmy do pokonania błotniste kałuże, przy których tworzyły się zatory, gdyż jedyny kawałek w miarę suchej drogi pokonywało się gęsiego. W zasadzie ten sposób biegu towarzyszył nam przez większość dystansu.
Czasami człowieka szlag trafiał! Dlaczego część biegaczy mając świadomość swojej słabej formy startują z początku stawki? Przy zwykłym biegu ulicznym są oni dość szybko wyprzedzani, natomiast tu w lesie jedna taka osoba potrafiła zablokować całą grupę. Kiedy wyprzedzałem jednego z takich uczestników zostałem uderzony w twarz gałęzią, którą ktoś przede mną nagiął. Od tego momentu sam starałem się przytrzymywać gałązki zawodnikom biegnącym za mną.

Tymczasem wbiegaliśmy coraz głębiej w las, trasa była raz błotnista, innym razem wyścielona mokrymi, śliskimi liśćmi, które ponadto miejscami zakrywały korzenie drzew. Były fragmenty ścieżki (chyba w okolicy 4-5 km), gdzie pokonanie masy błota było prawie nie możliwe (7°Bł). Nie wiem jak innym, mi w zasadzie w tym momencie było już wszystko jedno. Zmęczenie sprawiło, że nie kombinowałem - przebiegałem środkiem. Zaskakujące jest jak wiele sił odbiera człowiekowi bieganie w takich warunkach. Czułem się mniej więcej tak, jak gdybym biegł w tempie 5:20 min/km, a tymczasem dostawałem raporty z endomondo z których wynikało, że moja prędkość to jedynie 5:45 min/km.

Jedyny słabszy moment miałem na 7 km, gdy którym mieliśmy zmierzyć się z dość stromym podbiegiem. Była to jednak sytuacja bez historii - kilka głębokich wdechów, kilka kroków marszu i śmigamy dalej. Nieoceniony na tych ostatnich kilometrach był doping wolontariuszy. Ci fantastyczni ludzie informowali nas o dystansie jaki pozostał, bili brawa, no po prostu rewelacja.

Tuż po 9 km wróciliśmy na żużlową trasę. Koniec żartów, za chwilę ostatnia prosta. Wyprzedziłem kilka osób i w oddali zauważyłem jeszcze jednego kolesia, który powolutku zmierza do mety. Przypomniała mi się sytuacja z półmaratonu w Krasnymstawie, gdzie w podobnej sytuacji atakując jednego z zawodników omal nie padłem. Szybko przeanalizowałem swoje dość małe szanse (rywal był już jakieś 15 metrów od mety) i ruszyłem ile sił w nogach. W tempie około 3:30 min/km dopadłem biegacza dosłownie na ostatnim metrze zajmując 552 miejsce na 735 osób. Startowałem praktycznie z samego końca - gdyby uwzględnić czas netto zyskałbym dodatkowe kilkanaście pozycji, jednak nie ma co narzekać - ostatnio robiłem mało treningów, do tego doszła choroba. Dałem z siebie 100% i to jest dla mnie ważne.

Ciepły posiłek po biegu.

Po zawodach otrzymaliśmy pamiątkowe medale oraz napoje izotoniczne, a w namiocie technicznym gorącą pyszną grochóweczkę, którą wraz z kolegą zjedliśmy ogrzewając się przy ognisku.
Kolejna, trzecia dycha już na początku lutego - tym razem będzie to bieg nocny i... być może kolejna grochóweczka na mecie.


2 komentarze:

  1. Relacja w pełni oddaje warunki w jakich biegaliśmy. Czasami fajnie tak porodzić w błocie

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadza się. To była ciekawa odmiana od codziennych treningów.

    OdpowiedzUsuń