czwartek, 12 grudnia 2013

Bieganie na kacu - to coś więcej niż bieganie

UWAGA
Post został napisany na lekkiej bani. Autor nie odpowiada za wszelkie niedociągnięcia gramatyczne i logiczne, jak również za żenująco niski poziom humoru zawarty w tekście.

Podobnie jak jakieś 90% naszego społeczeństwa nie jestem abstynentem (pozostałe 10% to zapewne dzieci, zakonnice i mój brat). Kiedy zbliża się weekend, lub też ciekawy mecz lubię spotkać się z kolegami i... widzieliście film Kac Vegas? Pierwsze piwo/kieliszek, czas przyśpiesza i człowiek nagle otwiera oczy na porannym mega betonie. W ustach pustynia, głowa omal nie eksploduje, w umyśle pustka.

Bieganie w parku
Park jesienią.
Czy istnieje bardziej przygnębiający widok?
Większość ofiar syndromu dnia poprzedniego w takiej sytuacji łyka garść tabletek przeciwbólowych, popija je kilkoma litrami zimnego napoju gazowanego i leży cały dzień łaknąc ciszy, spokoju i ciemności.

Mniej więcej tak wyglądał mój niedzielny poranek do czasu kiedy odkryłem bieganie.

W biegowej nomenklaturze rozróżniamy: bieganie jako styl życia, odchudzanie przez bieganie, bieganie jako sport, bieganie jako hobby. Ja dodałbym do tego bieganie jako lek na kaca
I nie ma w tym choćby szczypty ironii - trening biegowy to potężna broń. Odpowiednio użyta potrafi czynić cuda. A jak jej używać, o tym poradnik w 10. punktach:

1) Budzimy się rano w wyżej wymienionym stanie.

2) Opcjonalnie: dzwonimy do kolegi (po co? - o tym w punkcie 7). Kolega musi spełniać następujące warunki:
   a) także jest biegaczem
   b) także jest na kacu
Aby kolega nie był tworem abstrakcyjnym nadajmy mu imię. Hmm, niech będzie to na przykład Robert.

3) Umawiamy się na bieganie w parku miejskim.

4) Po drodze do parku kupujemy wodę. Duuuużo wody.

5) W parku obieramy trasę - najlepiej kółka. W tym konkretnym przypadku będzie to staw o obwodzie około 900 m.

6) Zostawiamy w punkcie startu (np. pod drzewem) butelki z wodą.  Będzie nam potrzebna podczas przerw w biegu po każdym okrążeniu.

7) Biegniemy pierwsze okrążenie. Zazwyczaj jest ono najtrudniejsze - głowa jeszcze boli, żołądek zaczyna się buntować, zero kondycji. Nic jednak nie poprawia humoru biegnącego na kacu tak, jak widok kogoś, kto biegnie obok Ciebie i cierpi tak samo. Albo i jeszcze bardziej (oto odpowiedź na pytanie: "po co nam kolega?"). A to pomaga. :-)

8) Po zakończeniu pierwszego okrążenia uzupełniamy poziom płynów pozostawioną pod drzewem woda mineralną. Już po chwili odczuwamy lekką poprawę. Podobnie postępujemy po każdym następnym kółku. Zasada picia małymi łyczkami, aby nie obciążać żołądka nie obowiązuje tu zupełnie. Pijemy ile wlezie.

9) Z każdą kolejną pętlą bieg staje się coraz przyjemniejszy, a objawy kaca stopniowo zanikają.

10) Po około 10 kółkach wypociliśmy z siebie toksyny z dnia poprzedniego. Wracamy do życia.


I tym sposobem przedstawiłem w 10 krokach sekret radzenia sobie z kacem, który pradawni bogowie ukryli przed śmiertelnymi. Oddaję go w ręce (a właściwie nogi) ludzkości, podobnie jak Prometeusz obdarował ówczesnych ogniem. Facet kiepsko na tym wyszedł, ale ja się nie martwię - który sęp zjadłby moją wątrobę.
Tą oto mitologiczną dygresją kończę swoje wywody życząc wszystkim... udanego weekendu ;-)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz