czwartek, 20 lutego 2014

Boli ,czy też nie - biegać trzeba.

Dwa dni po upadku, kiedy rany się już zasklepiły, a opuchlizna trochę zeszła wyszedłem na kolejny trening.
W planach 20 minut OWB1, a następnie (BNP) bieg z narastającą prędkością. Jak zwykle chwila rozciągania, drobna rozgrzewka, kilka głębokich wdechów, spojrzenie na wyświetlacz telefonu. Sygnał GPS w Endomondo aktywny? Aktywny.
Można więc zaczynać.

Kilka pierwszych kroków i... już wiem, że ten trening będzie ciężki. Kolana wciąż bolą, jak w dniu upadku. Ale zaciskam zęby - nie mogę sobie już pozwolić na przerwy w treningach. Maraton zbyt blisko.
Pierwszy kilometr: tempo 6:22 min/km. O fuck! Nie pamiętam kiedy ostatnio biegłem tak wolno.
Kilometr numer 2 i 3 jakby trochę szybciej, około 6:12 min/km, ale to chyba zasługa tego, że trasa trochę z górki. Kolana wciąż bolą. Po przebiegnięciu trzech kilometrów powinienem przyspieszyć do 5:50 min/km rozpoczynając pierwszy etap biegu z narastającą prędkością. udaje mi się - biegnę w wyznaczonym tempie przez kolejne 3 kilometry.
Przełamałem ból kolan, ale w okolicach 5-6 km pojawia się kolejny problem - rwanie po zewnętrznej stronie prawej strony. Nie wiem czy to wina wtorkowego upadku - w sumie wówczas wygięła mi się trochę stopa, ale nie dawała ona dotychczas żadnych objawów.
Po 6 km niestety nie udało mi się przyspieszyć do kolejnego etapu BNP. Filozofię narastającej prędkości szlag trafił. Postanowiłem więc do końca utrzymywać dotychczasowe tempo. Mimo coraz wiekszego ucisku na stopę udało się.

Bieganie w Lublinie

Niestety treningu w zaplanowanej formie nie zaliczyłem. To bardzo irytujące uczucie, kiedy wydolnościowo człowiek gotów jest wykonać bieg o wysokim obciążeniu, ale aparat ruchowy nie pozwala mu na to.

Może za dwa dni będzie lepiej. Musi, być bo to ważna data dla mnie!
Tymczasem idę się rozciągać. Pozdro ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz