niedziela, 8 maja 2016

Maraton Lubelski po raz trzeci

Maraton Lubelski - te słowa zawsze wywołują we mnie respekt, niepokój, dzikie podniecenie. Do dzisiejszego poranka miałem za sobą dwie edycje Maratonu Lubelskiego. Każdy z nich na swój sposób ciężki, emocjonalny, po prostu wyjątkowy.
8 maja 2016 - przyszedł czas na pokonanie królewskiego dystansu w Lublinie po raz trzeci. Częściowo nowa trasa, a przede wszystkim nowy cel - złamanie 4 godzin. W zeszłym roku po niezwykle ciężkim biegu osiągnąłem czas 4 godziny i 9 minut. Na tamtą chwilę ciężko mi było sobie wyobrazić, że mogę jeszcze szybciej. A jednak...


Przed startem

W strefie startu pojawiłem się niemal godzinę przed rozpoczęciem biegu. To wystarczyło, aby spokojnie przygotować się do zawodów. Spotkałem kilkoro znajomych, większości z nich nie widziałem od czasu ostatniej czwartej dychy do maratonu. Nawet nie wiem kiedy czas zaczął uciekać nieubłaganie. Ani się spostrzegłem,a do startu zostało 20 minut. Szybka, lecz delikatna rozgrzewka i jestem w strefie. Ustawiam się z Pacemakerami na 4:00, okazuje się, że jest ich aż trzech.

Start

Chwilę po 9 rano ruszamy. Pogoda jest przyjemna. Wieje lekki wiatr, momentami przygrzewa słońce. Po kilku kilometrach biegowa kolumna rozciąga się. Klarują się grupy. Ja biegnę cały czas z zającami na 4:00:00. Kiedy mijamy 6 kilometr zaczynam przyspieszać. Nie zmieniłem taktyki biegu, a jedynie chciałem zbudować kilkusekundowy zapas. Wiedziałem, że przed siódmym kilometrem będą na mnie czekać, żona i jeszcze nie narodzona córeczka. Dobiegam do nich natychmiast całuję brzuszek i żonę.

Niesamowicie energetyzujący moment, który dodaje skrzydeł. W tym momencie mógłbym mknąć jak strzała. Pamiętam jednak, że to dopiero początek biegu więc grzecznie zwalniam i  wracam do grupy 4:00.

Po 10 km 

Wybiegamy na peryferie miasta. Tutaj na nieosłoniętym terenie wiatr trochę przeszkadza. Niestety, tak będzie z małą przerwą aż do 22 km. Czuję się jeszcze dość świeżo, jednak podobnie jak rok temu na 20 km zażywam pierwszy żel energetyczny. Po 22 km skręcamy w Męczenników Majdanka. Od teraz mamy lekko z wiatrem. Biegnie się bardzo przyjemnie. Sekwencja paru zakrętów w lewo i jestem na 25 km. Pojawia się zmęczenie - zjadam drugi żel. Kilometr dalej jesteśmy na ulicy Zemborzyckiej. Dwukilometrowy prosty odcinek, który prowadzi lekko pod górę odbiera dość dużo sił. Po 28 km skręcamy w Diamentową. Od teraz wiatr powinien wiać w plecy, aż do 40 km. Podkreślam słowo POWINIEN...

Po 30 km

Jest 31 km. Zaczyna się legendarny podbieg na Jana Pawła. Od teraz przez najbliższe 5 km będziemy biec pod górę. Żel, który zjadłem na 30 km nie pomaga zbytnio. Po następny sięgam na 32,5 km. jest trochę lepiej. W dodatku zaczynam łapać bolesne skurcze lewej nogi. Na 33 km spotykam kibicującą koleżankę z pracy. Odzyskuję siły. Przynajmniej na 1,5 km. Jest dość duszno. Wiatr przestał nam pomagać. Po powrocie do domu sprawdzę w serwisie pogodowym - wilgotność w Lublinie tego dnia wynosi około 80%. Od 35 km biegnę już na głębokiej rezerwie. Lewa łydka rwie tak, że aż w pośladku ją czuję. Zaciskam zęby i lecę dalej. Ratuję się bananami na punktach odżywiania. Mijamy 36 km. Skręcam w al. Kraśnicką. Dwa lata temu właśnie w tym miejscu dopadła mnie ściana maratońska. Zaczyna padać delikatny deszcz. Zbyt delikatny, aby dać ukojenie. Niestety wraz z deszczem zdaje się, że zmienia się kierunek wiatru. W efekcie znowu biegniemy pod wiatr!

Po 37 km

Na 37 km zażywam ostatnią porcję żelu. Nasza grupa biegnąca na czas 4:00 składa się z 8-9 osób ( w tym trzech zajęcy). Gdy zaczynaliśmy bieg było nas około 40-50 osób. A teraz zostali tylko najwytrwalsi. Do przeszywającego bólu lewej nogi teraz solidarnie dołączyła się prawa. Skurcze zupełnie łamią moją technikę biegu. Muszę wkładać wiele siły i skupienia, aby w każdym kroku wyrzucać nogę równo przed siebie. Z bardzo silnym bólem i na wyczerpaniu docieramy do al. Racławickich. To już tylko 2 km do mety! Zające zachęcają naszą kilkuosobową grupę, abyśmy wyrwali do przodu i powalczyli o jak najlepsze czasy na mecie. W tym momencie jednak nikt nie ma jeszcze ochoty ryzykować - brakuje siły. W totalnej biegowej agonii docieram do 41 km. Całą pozostałą energię rzucam na ten ostatni cholerny kilometr. Dotychczas przez ponad 40 km biegliśmy w tempie 5:41 min/km. Teraz przyspieszam do 5:16 min/km. Nie wiem skąd wziąłem na to siłę, ale biegnę. Niewiele pamiętam z tego fragmentu maratonu.

Przed metą

Jestem tuż przy strefie mety, jeszcze tylko okrążenie wokół budynku i finisz. Słyszę bardzo żywy doping. Na ostatniej prostej koleżanka Marta wydziera się do mnie Słowa, które wypowiada trzasnęły mnie w mój zmęczony przepocony pysk i dały siłę na ostatnią prostą Właściwie boli mnie już teraz wszystko. Łzy napływają mi do oczu. Myślę o swojej córeczce, to dla mniej jest ten bieg. Niech kiedyś wie, że tata to twardziel i nie wymiękł.

Wbiegam na metę. tym razem nie mam nawet siły, żeby unieść choć jedną rękę w geście zwycięstwa. Każdy krok to walka o przetrwanie. Nie potrafię nawet wykrzyczeć radości. Wiem, że udało się złamać cztery godziny - to mi w tym momencie wystarczy. Olbrzymia radość, duma i ból, który towarzyszy mi jeszcze przez wiele godzin.

Kilka godzin później dostaję SMS. Ostatecznie z czasem netto 3:58:31 zajmuję 260 miejsce na 650 uczestników maratonu.

Dziękuję

Jak zwykle wielkie słowa uznania należą się wolontariuszom, którzy sprawnie przyjmowali nas na punktach odżywiania i oklaskiwali na całej trasie. To była wielka robota!
Wielką pracę wykonali też nasi zające na 4:00. Trzech chłopaków, a każdy z nich inny. Na trasie rewelacyjnie się uzupełniali. Marek przez cały bieg w swój oryginalny sposób wygłupiał się niejednokrotnie odwracając naszą uwagę od zmęczenia. Dawid był z kolei głosem rozsądku - niejednokrotnie spowalniając kolegów. Wiele razy dawał nam też wskazówki przypominając np o rozluźnianiu rąk. Z kolei Greg świetnie motywował nas w końcówce. Swoim mocnym głosem zachęcał nas, aby wyrwać do przodu. Te wszystkie dodatkowe sekundy wyszarpane na ostatnich kilometrach zawdzięczam jemu. Dzięki Panowie!

8 komentarzy:

  1. Jak zawsze świetnie napisana relacja. Duuużo emocji i w biegu i w tekście :) Brawo Kuba. Córcia będzie kiedyś dumna ze swojego taty maratończyka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Emocje zawsze mnie nakręcały. Od pierwszego biegu Pokój i Dobro w Lubartowie. Będzie kiedyś co opowiadać córeczce :)

      Usuń
  2. BRAWO, BRAWO - cel zrealizowany. GRATULACJE i pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ogromne brawa! Świetna robota!! Czytając, czułam się trochę jakbym ja sama biegła.. :D GRATULUJĘ złamania 4h!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Jutro poczujesz to wszystko na własnej skórze :)

      Usuń
  4. Fido rządzisz!!! Serdeczne gratulacje :)

    OdpowiedzUsuń